Tym razem Protestant: "Chciałbym wiedzieć, jak wygląda moja mama biologiczna. Gdybyś ty mnie urodziła, już bym wiedział. Moje życie jest skomplikowane... no wiesz, jedna mama, druga, potem trzecia i ty - czwarta... Szkoda, że mnie nie urodziłaś........ Ale i tak jest fajnie".
Po ostatniej części wypowiedzi nastąpiło "bum", bo kamień spadł mi z serca (a przynajmniej jakaś jego część).
A tymczasem Niunia z kopyta ruszyła do nauki. Ciągle jestem w szoku. Ona po prostu postanowiła, że będzie się uczyć i codziennie zasiada i robi wybrane przez siebie zadania (czyta, szuka, wypożycza książki o określonej tematyce, robi schematy...).
W czwartej klasie dochodzą przyroda i historia. Podpowiedziałam, że może je robić "blokowo" i Niunia zdecydowała, że zacznie od historii. Teraz są epodreczniki.pl, co - jak się okazało - jest dla niej dosyć atrakcyjne. Tematyka początkowa historii też jej się podoba - zachwyca się, że prawodawca i autor podstawy programowej przewidzieli takie ciekawe rzeczy dla niej ;) Wstrzelili się! To naprawdę duża ulga dla rodzica :)
Ale jedna ważna rzecz. Historia w czwartej klasie rozpoczyna się od wyjaśnienia osi czasu i znaczenia historii. Wszystko zostaje osadzone w osobistej historii dzieci. I tu jest problem dla dzieci z trudną przeszłością. Na wstępie mają "przywalone z grubej rury": opowiedz nam swoją historię, a my ci opowiemy historię świata. A jak dzieciak ma straszną historię...? Nikt tego za bardzo nie bierze pod uwagę.
I tu znowu błogosławię edukację domową, którą sobie uprawiamy we własnym ogródku. Niunia przy poleceniu "zrób oś czasu uwzględniając wydarzenia z własnego życia" wzięła pod uwagę wydarzenia z ostatniego roku (wyjazdy, uroczystości, spotkania...). Ale łączę się w bólu z tymi rodzicami dzieci w rodzinach adopcyjnych i zastępczych, które przyjdą ze szkoły do domu z poleceniem: "porozmawiaj z członkami rodziny i narysuj drzewo genealogiczne". To na pewno będzie boleć. A cierpieć po raz kolejny będzie głównie dziecko.
Tymczasem wiem, że wzniecanie bólu w takich sytuacjach nie jest konieczne. Historia (jako przedmiot szkolny) może pozostać czysta i nieskojarzona z bólem osobistym. I może towarzyszyć jej niuniowy zachwyt. Przynajmniej teraz ;)
"Spokojnie i cierpliwie śledzić, jak natura sama sobie radzi, a baczyć tylko na to, by warunki otaczające pracę natury, wspierały ją – oto jest wychowanie” Ellen Key
wtorek, 8 września 2015
niedziela, 30 sierpnia 2015
Wakacyjny front c.d.
Wakacje obfitowały nam w serię nieprzewidzianych i
gwałtownych zmian akcji, czyli nieplanowanych wcześniej wyjazdów.
Ale rodzinnie nastawiliśmy się na kontakt z naturą:
przemierzaliśmy okoliczne chaszcze, wyjeżdżaliśmy na coraz dłuższe rekonesanse
namiotowe w coraz bardziej oddaloną okolicę.
Podczas naszych obozowych szaleństw tata objawił się dzieciom w nowej odsłonie ujawniając swój
talent survivalowy, w związku z czym dziatwa patrzyła na niego, jak na
mieszankę boga i pomysłowego Dobromira. Hitem okazała się kuchenka zrobiona ze
znalezionej… puszki po farbach! Na kolejnym biwakowaniu kuchenkę mieliśmy już
profesjonalną, bo z metalowego wiadra :)
Protestant nastawił się na… przetrwanie. Owszem, angażował
się, ale bacząc uważnie, co by się nie przepracować i mieć siłę na zabawę. A
każdego ranka z satysfakcją stwierdzał: przetrwaliśmy kolejny dzień! Nasz syn
ma na swoim koncie jeden ogromny sukces: pokonał lęk wysokości (którego z kolei
ja się nabawiłam obserwując, jak wysoko włazi na drzewa, ale akurat tym moim lękiem to
on się nie przejmuje ;) ).
Niunia weszła w sytuację „pełną gębą” – we wszystkim chciała
brać udział.
Nie wzięliśmy żadnych zabawek i cywilizacyjnych atrakcji,
więc z chęcią przyjmowała propozycje zabaw ze znalezionych tworzyw naturalnych
lub aktywności służące przetrwaniu (drzewne wspinaczki, struganie sztućców/łódek,
robienie wędek, próby łowienia ryb, rzuty nożem…). Bohatersko przyjmowała
konieczność mycia się w zimnej wodzie lub załatwiania się do własnoręcznie wykopanego
dołka. Z własnej inicjatywy prowadziła też dziennik obozowy, w którym mamy
opisane (nieocenzurowane ;) ) najważniejsze wydarzenia.
Warte odnotowania scenki rodzajowe:
Jednego wieczora długo nam zeszło jedzenie pieczonych na
patyku podpłomyków. Położyliśmy się spać bez wieczornej kąpieli. Scenka poranna:
Tata wynurza się ze śpiwora i sobie zalega pozwalając, by
jego ciało udostępniało wszystkim swoją unikalną woń dnia poprzedniego. Niunia przebudza
się, przeciąga, zaciąga delikatnie wonią i rzuca przeciągle: „Coo tuu taaak śmieeerdzi?”
Dzieciaki zrobiły nam „Park linowy”: tabliczka
wprowadzająca i atrakcje na drzewach wraz z zabezpieczającymi linami oraz
wykwalifikowanymi pracownikami. Wobec tak profesjonalnego przygotowania pytam
jednego z pracowników (Protestanta), czy mają też toaletę.
- Tak – odpowiada poważnie Protestant i podaje mi… saperkę :)
poniedziałek, 20 lipca 2015
Doniesienia z wakacyjnego frontu
Niunia i Protestant, podobnie jak w tamtym roku, wyjechali na obóz. Wyjazd ten można nazwać pół-samodzielnym, ponieważ obozowicze
stacjonowali w promieniu 10 km od naszego domu, a umowa między nami i Młodymi
była taka, że codziennie wieczorem ich odwiedzamy. Oczywiście podejmowaliśmy
negocjacje w celu zmniejszenia intensywności naszego zaangażowania, ale
trafiliśmy na twardego negocjatora w osobie Protestanta. Pokornie przyjęliśmy
do wiadomości, że potrzebuje rzucić na nas okiem przed zaśnięciem i upewnić
się, czy zmarszczek lub kilogramów nam zbytnio nie przybyło. Nasze odwiedziny
też miały różny przebieg: a to popisy, a to kompletna olewka na rzecz
kumpli/kumpelek, a to mini-awanturka… Ale wytrwaliśmy J Z pewnością z zewnątrz
wygląda to na nadopiekuńczość, ale postępujemy tak z pełną świadomością, że
Niunia i Protestant potrzebują maksymalnego poczucia kontroli nad sytuacją,
żeby przez przypadek nie poczuli się odrzuceni. A i tak po ich powrocie na łono
rodziny odnotowaliśmy 2-dniowy napad regresu, co pokazuje, że jednak koszty
emocjonalne były (na szczęście niezbyt duże, więc możemy przypuszczać, że
przyczynią się raczej do budowania dojrzałości niż niszczenia misternie utkanego
do nas zaufania).
Protestant na obozie zyskał tytuł najsympatyczniejszego obozowicza J Generalnie przeciwna jestem tego typu głosowaniom (głosowała cała dziatwa na siebie nawzajem), bo za bardzo utożsamiam się z tymi odrzuconymi, ale wspominam o tym ze względu na wszystkich przeciwników edukacji domowej, którzy twierdzą, że tylko w szkole można nabyć najważniejsze umiejętności radzenia sobie w grupie.
Protestant udowadnia, że ukrytego przed wzrokiem dorosłych zastraszania, dyskretnej przemocy słownej i fizycznej, przy jednoczesnym wytwarzaniu u innych syndromu sztokholmskiego – bo niby skąd ten tytuł najfajniejszego obozowicza? – można nauczyć się "siedząc w domu".
Potrzebna jest tylko rodzina z odpowiednimi kwalifikacjami ;)
Protestant na obozie zyskał tytuł najsympatyczniejszego obozowicza J Generalnie przeciwna jestem tego typu głosowaniom (głosowała cała dziatwa na siebie nawzajem), bo za bardzo utożsamiam się z tymi odrzuconymi, ale wspominam o tym ze względu na wszystkich przeciwników edukacji domowej, którzy twierdzą, że tylko w szkole można nabyć najważniejsze umiejętności radzenia sobie w grupie.
Protestant udowadnia, że ukrytego przed wzrokiem dorosłych zastraszania, dyskretnej przemocy słownej i fizycznej, przy jednoczesnym wytwarzaniu u innych syndromu sztokholmskiego – bo niby skąd ten tytuł najfajniejszego obozowicza? – można nauczyć się "siedząc w domu".
Potrzebna jest tylko rodzina z odpowiednimi kwalifikacjami ;)
sobota, 20 czerwca 2015
Lekcje malarstwa
Tym razem będzie o matce pobierającej
nauki.
Niunia orzekła, że to przecież wstyd i hańba, żeby jej matka nie
potrafiła rysować/malować i że ona – za drobną opłatą – rozwiąże ten problem. Jako
że lekcje okazały się „na moją kieszeń”, zgodziłam się. Umówiłyśmy się na
pierwsze spotkanie.
Niunia przygotowała się solidnie i jak
tylko weszłam do „pracowni artystycznej”, wiedziałam, że zajęcia warte są
swojej, a nawet wyższej ceny. Na stole zalegały liczne akcesoria
malarsko-rysownicze, przykładowe rysunki/malunki naszej domowej artystki, dodatkowo
książki, laptop z odpaloną stroną z portretami, bo tej właśnie tematyki
dotyczyły pierwsze zajęcia.
Nauczycielka zrobiła krótkie teoretyczne
wprowadzenie, po czym puściła muzykę Mozarta i… do dzieła. To znaczy dzieło to
to nie było, ale coś w miarę sensownego wyłoniło się spod ołówka poruszającego
się pod dyktando Niuni.
Protestant zwabiony stworzonym przez
Niunię nastrojem, dołączył do nas (tzn. Niunia na początku oponowała, bo
przecież to płatne zajęcia, ale ustąpiła, kiedy powiedziałam, że płacę też za
syna).
Ostatecznie Protestant nie okazał się tak
wytrwały w swym wysiłku, ale w Niuni obudził się instynkt bizneswoman, więc
zachęcała go do powtórnego skorzystania (podsłuchałam, że zamierza dawać drobne
niespodzianki i szykuje dyplomy na koniec).
W załączniku dzieło Protestanta, który dzięki zajęciom Niuni wyszedł ze swoją twórczością poza plac budowy :)
P.S. Niunia zażyczyła sobie,
żeby zajęcia były płatne gotówką. Zastosowałam się, a ona - po jakichś 2 minutach
dzierżenia kasy w dłoni - podała mi ją mówiąc: „weź, mamo, na moje konto” :)
wtorek, 16 czerwca 2015
Nasze Summerhill
Rano wywiesiłam na drzwiach domowych „kod”
z tabliczką mnożenia (żeby wejść do domu trzeba przyłożyć rękę po kolei do
kilku kartek z namalowaną dłonią i napisami, np. 4x7=28). Młodzi chętnie weszli
w ten styl matematycznych powtórek. To była jedyna moja inicjatywa tego dnia.
Poza tym dzień rozpoczęłyśmy z Niunią
wymyślając swoją grę z kubkami, coś w tym stylu:
Potem Niunia czytała sobie ciekawostki i
przygotowywała się do nagrywania filmiku, w którym by wyjaśniła, czym się różni
kupa ptaków od kupy ssaków. Przygotowania przerwało spostrzeżenie ptasich zwłok
w ogródku oraz kociego sprawcy zamieszania. Młodzi uniemożliwili oprawcy konsumpcję
jednego z ptaszków, ale był on już nie do odratowania, czyli tym razem ominęła
nas wizyta w Ośrodku Rehabilitacji Dzikich Ptaków. Niunia i Protestant
porzucili dotychczasowe zajęcia i – pomstując głośno na (nadal głodną zapewne)
kotkę – zaczęli szykować pogrzeb. Na drzwiach do garażu pojawił się napis: NIE
WCHODZIĆ! USŁÓUGI POGŻRZEBOWE. A ze środka zaczęły dobiegać stuki
i nucenie… poloneza, który zdradzał, że pracownicy tego zakładu w zbyt wielu
pogrzebach nie uczestniczyli ;)
Tego dnia wypłynęły jeszcze dwie sprawy związane
z nieposzanowaniem cudzej własności. Zorganizowaliśmy więc sąd. Protestant
oskarżył siostrę o zużycie jego naklejek, wnioskując skazanie jej na dożywocie,
natomiast Niunia napisała skargę na Protestanta za zużywanie jej „perfum” i
prosząc o zesłanie na Syberię. Ostatecznie oboje zostali pouczeni i dostali
karę „czynu społecznego pod postacią sprzątania samochodu”. Wyrok był
prawomocny i został wykonany następnego dnia J
środa, 10 czerwca 2015
Orle Pióro i indiańskie urodziny
Urodziny Protestanta były pod indiańskim szyldem.
Co prawda sam solenizant najchętniej zrobiłby w piłkarskim
stylu, a może nawet w towarzystwie piłkarzy z Barcy, ale udało mi się
delikatnie przekierować go na inne tematy J
Tata tym razem mocno się zaangażował i stworzył m.in. dwa
dzieła:
1.
Pokaźnych rozmiarów tipi
2.
Indiańskie narty (dwie deski z przybitymi trzema
parami starych butów)
Protestant został wodzem (przyjął imię Orle Pióro) – przed przyjściem gości
zrobiliśmy mu strój (czyli nacięliśmy na dole spodenki, na gołej klacie i
twarzy domalowaliśmy groźne indiańskie wzory, zrobiliśmy przepaskę z piórami).
Niunia dostała zaszczytną funkcję szamanki, została też
poinformowana o roli szamanów, dzięki czemu pozyskaliśmy ją do współpracy przy
całym przedsięwzięciu (po raz kolejny przekonuję się, że obłaskawienie
rodzeństwa jest klucz
Goście po przyjściu mogli też się przebrać (służył do tego
stosik starych koszulek do swobodnego wykorzystania, łącznie z malowaniem i
cięciem) i pomalować (farbami do twarzy – tu przestrzegam tych, którzy chcieliby
powtórzyć to doświadczenie – odciśnięte ciała Indian odnajduję do dnia
dzisiejszego w całym domu – to one ciągle odświeżają mi w pamięci świetną
zabawę urodzinową ;) ). Potem każdy mógł wybrać sobie imię, które
przyczepialiśmy na ubranie, żeby móc nim się posługiwać. Dla dorosłych, którzy
nieopatrznie pozostali z dziećmi na indiańskim przyjęciu, też mieliśmy imiona,
dosyć oryginalne: Druciane Majtki, Kamera Wideo, Pierdzący Byk, Śmierdząca
Skarpeta…
Żeby dostać się do plemienia wszyscy musieli przejść próby:
1.
Skradania się
2.
Wysłuchiwania skradających się
3.
Bieg z wodą w ustach dookoła domu
4.
Przedostawanie się przez pajęczynę (nitka między
„nogami” huśtawki przewleczona na różne sposoby)
5.
Strzał do tarczy (kupiliśmy łuk i strzały z
przyssawkami, a tarczę zrobiłam w antyramie, więc można było spokojnie i
bezpiecznie strzelać)
6.
Próba współpracy w nartach indiańskich (trzy
osoby wchodzą w buty przymocowane do desek i próbują iść, zakręcać itp.)
7.
Polowanie na bizony (balony przymocowane do
kostek – każdy próbuje zniszczyć bizony innych), a potem zbieranie „mięsa
bizonów” ;)
8.
Robienie instrumentów z materiałów
przeznaczonych do recyklingu (to dla wytrwałych)
9.
Robienie totemu.
Imprezę urodzinową częściowo powtórzyliśmy, kiedy
przyjechali do nas Iskierka i Urwis, którzy
nie mogli być na samych urodzinach. Dodaliśmy wtedy do zabaw jeszcze
legendę indiańską, taniec indiański (oglądanie filmików i wymyślanie własnego
tańca), robienie indiańskiej potrawy, trochę historii dotyczących Indian.
Indiańskie klimaty zdecydowanie polecam, choć… był taki
moment, że miałam wątpliwości, szczególnie wtedy, kiedy w indiańskim towarzystwie
obudziły się jakieś waleczne instynkty i spontanicznie zaczęto organizować
napady na tipi czy walki z bladymi twarzami. Te odgłosy… na pewno blady strach
padł na blade twarze zamieszkujące okoliczne wioski ;)
Ale solenizant był zachwycony. I to jest
najważniejsze J
niedziela, 10 maja 2015
Edukacja ekonomiczna
To jest coś co trwa. Już chyba od dwóch lat… W każdy razie
na tyle długo, że mogę sprzedać patent jako „u nas się sprawdzający”. I życzyć
powodzenia kolejnym rodzicom.
Przeciwnicy posiadania kieszonkowego przez dzieci powinni
(tak jak ja przed podjęciem tej decyzji) przyjrzeć się, ile w ciągu miesiąca
wydają na zachcianki dziecka… Dla mnie był to wystarczający powód, żeby jednak kieszonkowe
dawać J
Od tamtej pory w sklepach pojawia się stały dialog:
- Mamo, kupisz mi zabawkę/gumę/lizaka/sok…
- Masz swoje pieniądze…
- Właściwie to nie potrzebuję tej zabawki/tak bardzo nie
chce mi się pić itp.
Wystarczy tylko konsekwencja, a spokój murowany i
niezmącony.
Początkowo dzieci dostawały miesięcznie tyle złotych, ile
mają lat. Niewiele, ale wystarczyło, żeby odebrać pierwsze lekcje ekonomii.
Najbardziej pamiętną nau(cz)kę odebrał Protestant na samym
początku. On musiał NATYCHMIAST wydać wszystkie posiadane pieniądze. Niunia w
tym czasie zdążyła już zorientować się, na czym polega oszczędzanie i
wprowadzała je konsekwentnie w życie, natomiast Protestant urządzał wycieczki
do sklepów, w czasie których miał problem z kupieniem czegoś, bo… co można
kupić za kilka złotych? Ale zawsze dzielnie radził sobie i wychodził ze sklepu
dzierżąc dumnie jakiś maciupeńki przedmiot „made in China”.
Trwało to kilka miesięcy, w czasie których postrzegałam go
jako beznadziejny ekonomiczny przypadek i oczyma wyobraźni już widziałam jego
nędzną przyszłość ;)
Tymczasem Niunia zgromadziła wystarczającą sumę pieniędzy,
żeby udać się na większe zakupy. Poszliśmy całą rodziną. To była jedna z
najkoszmarniejszych godzin w naszym rodzinnym życiu. Niunia chodziła między
półkami, delektując się wolnością wyboru spośród całkiem pokaźnej liczby
zabawek, na które było ją stać. Nie spieszyła się, bo takich decyzji nie podejmuje
się „hop siup”. Ale nie to wystawiło nas na niezwykłą próbę cierpliwości.
Protestant jak tylko zobaczył, co jest grane zaczął wyć przeraźliwie, że on też
chce zabawkę. Tuliłam więc go i jak mantrę powtarzałam, że rozumiem jego smutek
i też żałuję, że nie może wydać swoich pieniędzy, ale ich po prostu nie ma, bo
wcześniej kupił… i tu kilka rzeczy udało mi się wymienić.
Niunia była bezlitosna, bo nie skracała jego mąk. Zdawała
się być tak zaabsorbowana wybieraniem, że chyba nie słyszała rozpaczy brata.
I od tamtej pory Protestant oszczędza J
Od kilku miesięcy młodzi nadal dostają tamto „po prostu
kieszonkowe”, ale mają też możliwość zarobić drugą część, w takiej samej
wysokości. Jest to szansa, a nie obowiązek. Mogą zadecydować, że nie zarobią. Dostają
ją za zaangażowanie w pomaganie rodzicom. Otwarty bunt w tym zakresie prowadzi
do ucięcia złotówki od tej części kieszonkowego. To może budzić jeszcze większe
kontrowersje, ale u nas naprawdę się sprawdza i zamierzam to utrzymać, bo:
- nie płacę za każdą czynność i dzieci nie widzą fizycznie
tych pieniędzy (otrzymują je po prostu jako kieszonkowe „na konto”), więc nie
ma prostego skojarzenia „pomaganie – zarabianie”
- premiuję postawę gotowości, do której – mam nadzieję –
dzieci po prostu się przywykną (i na razie wygląda na to, że tak jest)
- 7 zł (w przypadku Protestanta to póki co nadal tyle) to
niewielka cena za święty spokój, jaki mam po powiedzeniu: „synku, nie musisz
pomagać – wiesz, jaka jest zasada” (jeszcze nie zdarzyło mi się uciąć więcej
niż 2 zł, a nawet najkrótszy miesiąc ma 28 dni, czyli całe stado czających się
szans na niechęć do pomagania ;) ).
I tyle J
Subskrybuj:
Posty (Atom)