Niunia i Protestant, podobnie jak w tamtym roku, wyjechali na obóz. Wyjazd ten można nazwać pół-samodzielnym, ponieważ obozowicze
stacjonowali w promieniu 10 km od naszego domu, a umowa między nami i Młodymi
była taka, że codziennie wieczorem ich odwiedzamy. Oczywiście podejmowaliśmy
negocjacje w celu zmniejszenia intensywności naszego zaangażowania, ale
trafiliśmy na twardego negocjatora w osobie Protestanta. Pokornie przyjęliśmy
do wiadomości, że potrzebuje rzucić na nas okiem przed zaśnięciem i upewnić
się, czy zmarszczek lub kilogramów nam zbytnio nie przybyło. Nasze odwiedziny
też miały różny przebieg: a to popisy, a to kompletna olewka na rzecz
kumpli/kumpelek, a to mini-awanturka… Ale wytrwaliśmy J Z pewnością z zewnątrz
wygląda to na nadopiekuńczość, ale postępujemy tak z pełną świadomością, że
Niunia i Protestant potrzebują maksymalnego poczucia kontroli nad sytuacją,
żeby przez przypadek nie poczuli się odrzuceni. A i tak po ich powrocie na łono
rodziny odnotowaliśmy 2-dniowy napad regresu, co pokazuje, że jednak koszty
emocjonalne były (na szczęście niezbyt duże, więc możemy przypuszczać, że
przyczynią się raczej do budowania dojrzałości niż niszczenia misternie utkanego
do nas zaufania).
Protestant na obozie zyskał tytuł
najsympatyczniejszego obozowicza J
Generalnie przeciwna jestem tego typu głosowaniom (głosowała cała dziatwa na
siebie nawzajem), bo za bardzo utożsamiam się z tymi odrzuconymi, ale wspominam
o tym ze względu na wszystkich przeciwników edukacji domowej, którzy twierdzą,
że tylko w szkole można nabyć najważniejsze umiejętności radzenia sobie w grupie.
Protestant
udowadnia, że ukrytego przed wzrokiem dorosłych zastraszania, dyskretnej przemocy słownej i fizycznej, przy
jednoczesnym wytwarzaniu u innych syndromu sztokholmskiego – bo niby skąd ten
tytuł najfajniejszego obozowicza? – można nauczyć się "siedząc w domu".
Potrzebna
jest tylko rodzina z odpowiednimi kwalifikacjami ;)
"Spokojnie i cierpliwie śledzić, jak natura sama sobie radzi, a baczyć tylko na to, by warunki otaczające pracę natury, wspierały ją – oto jest wychowanie” Ellen Key
poniedziałek, 20 lipca 2015
sobota, 20 czerwca 2015
Lekcje malarstwa
Tym razem będzie o matce pobierającej
nauki.
Niunia orzekła, że to przecież wstyd i hańba, żeby jej matka nie
potrafiła rysować/malować i że ona – za drobną opłatą – rozwiąże ten problem. Jako
że lekcje okazały się „na moją kieszeń”, zgodziłam się. Umówiłyśmy się na
pierwsze spotkanie.
Niunia przygotowała się solidnie i jak
tylko weszłam do „pracowni artystycznej”, wiedziałam, że zajęcia warte są
swojej, a nawet wyższej ceny. Na stole zalegały liczne akcesoria
malarsko-rysownicze, przykładowe rysunki/malunki naszej domowej artystki, dodatkowo
książki, laptop z odpaloną stroną z portretami, bo tej właśnie tematyki
dotyczyły pierwsze zajęcia.
Nauczycielka zrobiła krótkie teoretyczne
wprowadzenie, po czym puściła muzykę Mozarta i… do dzieła. To znaczy dzieło to
to nie było, ale coś w miarę sensownego wyłoniło się spod ołówka poruszającego
się pod dyktando Niuni.
Protestant zwabiony stworzonym przez
Niunię nastrojem, dołączył do nas (tzn. Niunia na początku oponowała, bo
przecież to płatne zajęcia, ale ustąpiła, kiedy powiedziałam, że płacę też za
syna).
Ostatecznie Protestant nie okazał się tak
wytrwały w swym wysiłku, ale w Niuni obudził się instynkt bizneswoman, więc
zachęcała go do powtórnego skorzystania (podsłuchałam, że zamierza dawać drobne
niespodzianki i szykuje dyplomy na koniec).
W załączniku dzieło Protestanta, który dzięki zajęciom Niuni wyszedł ze swoją twórczością poza plac budowy :)
P.S. Niunia zażyczyła sobie,
żeby zajęcia były płatne gotówką. Zastosowałam się, a ona - po jakichś 2 minutach
dzierżenia kasy w dłoni - podała mi ją mówiąc: „weź, mamo, na moje konto” :)
wtorek, 16 czerwca 2015
Nasze Summerhill
Rano wywiesiłam na drzwiach domowych „kod”
z tabliczką mnożenia (żeby wejść do domu trzeba przyłożyć rękę po kolei do
kilku kartek z namalowaną dłonią i napisami, np. 4x7=28). Młodzi chętnie weszli
w ten styl matematycznych powtórek. To była jedyna moja inicjatywa tego dnia.
Poza tym dzień rozpoczęłyśmy z Niunią
wymyślając swoją grę z kubkami, coś w tym stylu:
Potem Niunia czytała sobie ciekawostki i
przygotowywała się do nagrywania filmiku, w którym by wyjaśniła, czym się różni
kupa ptaków od kupy ssaków. Przygotowania przerwało spostrzeżenie ptasich zwłok
w ogródku oraz kociego sprawcy zamieszania. Młodzi uniemożliwili oprawcy konsumpcję
jednego z ptaszków, ale był on już nie do odratowania, czyli tym razem ominęła
nas wizyta w Ośrodku Rehabilitacji Dzikich Ptaków. Niunia i Protestant
porzucili dotychczasowe zajęcia i – pomstując głośno na (nadal głodną zapewne)
kotkę – zaczęli szykować pogrzeb. Na drzwiach do garażu pojawił się napis: NIE
WCHODZIĆ! USŁÓUGI POGŻRZEBOWE. A ze środka zaczęły dobiegać stuki
i nucenie… poloneza, który zdradzał, że pracownicy tego zakładu w zbyt wielu
pogrzebach nie uczestniczyli ;)
Tego dnia wypłynęły jeszcze dwie sprawy związane
z nieposzanowaniem cudzej własności. Zorganizowaliśmy więc sąd. Protestant
oskarżył siostrę o zużycie jego naklejek, wnioskując skazanie jej na dożywocie,
natomiast Niunia napisała skargę na Protestanta za zużywanie jej „perfum” i
prosząc o zesłanie na Syberię. Ostatecznie oboje zostali pouczeni i dostali
karę „czynu społecznego pod postacią sprzątania samochodu”. Wyrok był
prawomocny i został wykonany następnego dnia J
środa, 10 czerwca 2015
Orle Pióro i indiańskie urodziny
Urodziny Protestanta były pod indiańskim szyldem.
Co prawda sam solenizant najchętniej zrobiłby w piłkarskim
stylu, a może nawet w towarzystwie piłkarzy z Barcy, ale udało mi się
delikatnie przekierować go na inne tematy J
Tata tym razem mocno się zaangażował i stworzył m.in. dwa
dzieła:
1.
Pokaźnych rozmiarów tipi
2.
Indiańskie narty (dwie deski z przybitymi trzema
parami starych butów)
Protestant został wodzem (przyjął imię Orle Pióro) – przed przyjściem gości
zrobiliśmy mu strój (czyli nacięliśmy na dole spodenki, na gołej klacie i
twarzy domalowaliśmy groźne indiańskie wzory, zrobiliśmy przepaskę z piórami).
Niunia dostała zaszczytną funkcję szamanki, została też
poinformowana o roli szamanów, dzięki czemu pozyskaliśmy ją do współpracy przy
całym przedsięwzięciu (po raz kolejny przekonuję się, że obłaskawienie
rodzeństwa jest klucz
Goście po przyjściu mogli też się przebrać (służył do tego
stosik starych koszulek do swobodnego wykorzystania, łącznie z malowaniem i
cięciem) i pomalować (farbami do twarzy – tu przestrzegam tych, którzy chcieliby
powtórzyć to doświadczenie – odciśnięte ciała Indian odnajduję do dnia
dzisiejszego w całym domu – to one ciągle odświeżają mi w pamięci świetną
zabawę urodzinową ;) ). Potem każdy mógł wybrać sobie imię, które
przyczepialiśmy na ubranie, żeby móc nim się posługiwać. Dla dorosłych, którzy
nieopatrznie pozostali z dziećmi na indiańskim przyjęciu, też mieliśmy imiona,
dosyć oryginalne: Druciane Majtki, Kamera Wideo, Pierdzący Byk, Śmierdząca
Skarpeta…
Żeby dostać się do plemienia wszyscy musieli przejść próby:
1.
Skradania się
2.
Wysłuchiwania skradających się
3.
Bieg z wodą w ustach dookoła domu
4.
Przedostawanie się przez pajęczynę (nitka między
„nogami” huśtawki przewleczona na różne sposoby)
5.
Strzał do tarczy (kupiliśmy łuk i strzały z
przyssawkami, a tarczę zrobiłam w antyramie, więc można było spokojnie i
bezpiecznie strzelać)
6.
Próba współpracy w nartach indiańskich (trzy
osoby wchodzą w buty przymocowane do desek i próbują iść, zakręcać itp.)
7.
Polowanie na bizony (balony przymocowane do
kostek – każdy próbuje zniszczyć bizony innych), a potem zbieranie „mięsa
bizonów” ;)
8.
Robienie instrumentów z materiałów
przeznaczonych do recyklingu (to dla wytrwałych)
9.
Robienie totemu.
Imprezę urodzinową częściowo powtórzyliśmy, kiedy
przyjechali do nas Iskierka i Urwis, którzy
nie mogli być na samych urodzinach. Dodaliśmy wtedy do zabaw jeszcze
legendę indiańską, taniec indiański (oglądanie filmików i wymyślanie własnego
tańca), robienie indiańskiej potrawy, trochę historii dotyczących Indian.
Indiańskie klimaty zdecydowanie polecam, choć… był taki
moment, że miałam wątpliwości, szczególnie wtedy, kiedy w indiańskim towarzystwie
obudziły się jakieś waleczne instynkty i spontanicznie zaczęto organizować
napady na tipi czy walki z bladymi twarzami. Te odgłosy… na pewno blady strach
padł na blade twarze zamieszkujące okoliczne wioski ;)
Ale solenizant był zachwycony. I to jest
najważniejsze J
niedziela, 10 maja 2015
Edukacja ekonomiczna
To jest coś co trwa. Już chyba od dwóch lat… W każdy razie
na tyle długo, że mogę sprzedać patent jako „u nas się sprawdzający”. I życzyć
powodzenia kolejnym rodzicom.
Przeciwnicy posiadania kieszonkowego przez dzieci powinni
(tak jak ja przed podjęciem tej decyzji) przyjrzeć się, ile w ciągu miesiąca
wydają na zachcianki dziecka… Dla mnie był to wystarczający powód, żeby jednak kieszonkowe
dawać J
Od tamtej pory w sklepach pojawia się stały dialog:
- Mamo, kupisz mi zabawkę/gumę/lizaka/sok…
- Masz swoje pieniądze…
- Właściwie to nie potrzebuję tej zabawki/tak bardzo nie
chce mi się pić itp.
Wystarczy tylko konsekwencja, a spokój murowany i
niezmącony.
Początkowo dzieci dostawały miesięcznie tyle złotych, ile
mają lat. Niewiele, ale wystarczyło, żeby odebrać pierwsze lekcje ekonomii.
Najbardziej pamiętną nau(cz)kę odebrał Protestant na samym
początku. On musiał NATYCHMIAST wydać wszystkie posiadane pieniądze. Niunia w
tym czasie zdążyła już zorientować się, na czym polega oszczędzanie i
wprowadzała je konsekwentnie w życie, natomiast Protestant urządzał wycieczki
do sklepów, w czasie których miał problem z kupieniem czegoś, bo… co można
kupić za kilka złotych? Ale zawsze dzielnie radził sobie i wychodził ze sklepu
dzierżąc dumnie jakiś maciupeńki przedmiot „made in China”.
Trwało to kilka miesięcy, w czasie których postrzegałam go
jako beznadziejny ekonomiczny przypadek i oczyma wyobraźni już widziałam jego
nędzną przyszłość ;)
Tymczasem Niunia zgromadziła wystarczającą sumę pieniędzy,
żeby udać się na większe zakupy. Poszliśmy całą rodziną. To była jedna z
najkoszmarniejszych godzin w naszym rodzinnym życiu. Niunia chodziła między
półkami, delektując się wolnością wyboru spośród całkiem pokaźnej liczby
zabawek, na które było ją stać. Nie spieszyła się, bo takich decyzji nie podejmuje
się „hop siup”. Ale nie to wystawiło nas na niezwykłą próbę cierpliwości.
Protestant jak tylko zobaczył, co jest grane zaczął wyć przeraźliwie, że on też
chce zabawkę. Tuliłam więc go i jak mantrę powtarzałam, że rozumiem jego smutek
i też żałuję, że nie może wydać swoich pieniędzy, ale ich po prostu nie ma, bo
wcześniej kupił… i tu kilka rzeczy udało mi się wymienić.
Niunia była bezlitosna, bo nie skracała jego mąk. Zdawała
się być tak zaabsorbowana wybieraniem, że chyba nie słyszała rozpaczy brata.
I od tamtej pory Protestant oszczędza J
Od kilku miesięcy młodzi nadal dostają tamto „po prostu
kieszonkowe”, ale mają też możliwość zarobić drugą część, w takiej samej
wysokości. Jest to szansa, a nie obowiązek. Mogą zadecydować, że nie zarobią. Dostają
ją za zaangażowanie w pomaganie rodzicom. Otwarty bunt w tym zakresie prowadzi
do ucięcia złotówki od tej części kieszonkowego. To może budzić jeszcze większe
kontrowersje, ale u nas naprawdę się sprawdza i zamierzam to utrzymać, bo:
- nie płacę za każdą czynność i dzieci nie widzą fizycznie
tych pieniędzy (otrzymują je po prostu jako kieszonkowe „na konto”), więc nie
ma prostego skojarzenia „pomaganie – zarabianie”
- premiuję postawę gotowości, do której – mam nadzieję –
dzieci po prostu się przywykną (i na razie wygląda na to, że tak jest)
- 7 zł (w przypadku Protestanta to póki co nadal tyle) to
niewielka cena za święty spokój, jaki mam po powiedzeniu: „synku, nie musisz
pomagać – wiesz, jaka jest zasada” (jeszcze nie zdarzyło mi się uciąć więcej
niż 2 zł, a nawet najkrótszy miesiąc ma 28 dni, czyli całe stado czających się
szans na niechęć do pomagania ;) ).
I tyle J
wtorek, 28 kwietnia 2015
Scenariusze zajęć dla dzieci
Mamy wakacje ;) ale nadal chętnie korzystamy ze scenariuszy
Uniwersytetu Dzieci. Polecam!
Każdy scenariusz ma: 1) prezentację multimedialną, 2)
filmik, 3) karty pracy, 4) wiedzę dla nauczyciela, 5) podpowiedzi ciekawych
zadań skoncentrowanych wokół danego tematu.
Robiliśmy m.in. zajęcia o Afryce („Czy Afrykanie mieszkają
w pałacach?”).
Zaczęliśmy od tego, że dzieciaki wybrały sobie imiona i
imiona wymyślonych kolegów/koleżanek, a potem narysowały wymyślone domy i
opowiadały o nich i o sobie (korzystały ze słowniczka, więc mogły powiedzieć w
języku wolof kilka słów). A skoro miały afrykańskie imiona i kilka słów
potrafiły powiedzieć, jak „tambylcy”, to spontanicznie zaczęły kaleczyć język
polski wcielając się w rolę przybyszów z Afryki J
Oprócz prezentacji, filmiku i dyskusji, robiliśmy zabawki w
afrykańskim stylu, zużywając spory stosik zwykłych śmieci (to było niezwykle twórcze!). A na koniec
zrobiliśmy – polecaną przez autorów scenariusza – afrykańską potrawę. Nie muszę
chyba dodawać, że wspólne wykonanie poskutkowało przypływem apetytu. Smakowało wszystkim – jak nigdy dotąd!
Link do scenariuszy (każdy może się zalogować i korzystać
ile mu się podoba) http://www.scenariuszelekcji.edu.pl/
piątek, 27 marca 2015
Nauka czy wakacje? Oto jest pytanie....
Niunia i Protestant mieli możliwość wcześniejszego zdania
egzaminów, z której to możliwości skwapliwie skorzystaliśmy. Następnego dnia oboje
zachłystywali się wolnością. Z okazji zakończenia roku szkolnego zażyczyli sobie popcorn
na śniadanie, a poza tym oświadczyli, że nie zamierzają niczego robić, bo jak
wakacje to wakacje J
Przystałam na to. Co więcej – postanowiłam najbardziej ze wszystkich pilnować, żeby mieli wakacje ;)
Po jakichś dwóch dniach Niunia i Protestant zaczęli
stosować naciski, żebym jednak to ja odpuściła sobie z tymi wakacjami. Przecudnie
było usłyszeć z ust Protestanta: „Niunia, zawieszamy wakacje?” J
Nie wytrzymałam ;) siły nacisków i nie potrafiłam też odeprzeć
Niuni argumentów w stylu: „przecież w wakacje też się uczymy”.
Wakacje oficjalnie zostały zawieszone ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)