piątek, 20 listopada 2015

Relacje damsko-męskie


Bezczelnie podsłuchiwałam w samochodzie rozmowę dzieciaków:

Niunia: Oj, Protestant, podoba ci się Oliwka…

Protestant (śmieje się): Nie ona…

N: Przyznaj się, uśmiechasz się jak ją widzisz.

Wtrącam się: O czym wy w ogóle rozmawiacie? Nie za wcześnie na dziewczyny i chłopaków?

N: Mamo, ja już nie szukam chłopaka. Ja się cieszę życiem. Szukałam dziewczyny dla Protestanta i znalazłam.

Ja: Protestancie, po co ci w tym wieku dziewczyna?

P: Nooo, żeby… yyyy…

N: Mamo, 8-latki tak mają. Jak byłam w jego wieku też szukałam chłopaka, a jak się ma prawie 10 lat, to już się inaczej myśli o świecie.

...........

czwartek, 19 listopada 2015

Wizyty w przedszkolu

Nie piszę za często, a to dlatego, że dzieje się zbyt wiele.

Ale warto odnotować uczestnictwo Niuni i Protestanta w projekcie PoczytajMy (organizowanym przez Centrum Edukacji Obywatelskiej). Projekt jest właściwie niezobowiązujący, ale sama idea świetna: starsze dzieci co jakiś czas idą do młodszych dzieci i im czytają.

Nasze Starszaki były już drugi raz w przedszkolu. Za pierwszym trema zżerała Niunię straszenie. W drodze była okazja do rozmowy o stresie i wykorzystania prostych ćwiczeń uspokajających.

Tym razem stres był mniejszy :) 

Ale chciałam napisać głównie o etapie przygotowań. Niunia i Protestant mieli tak dużo pomysłów i chęci ich realizowania, że nie mogłam wyjść z podziwu! A nie mogłam też uczestniczyć w całości przygotowań, bo wyjeżdżałam, więc realizacja była niemal samodzielna.

Tematyka została podpowiedziana przez nauczycielkę. Dzieciaki mogły wybrać o jesieni lub o emocjach. Wybór padł na to drugie. A dokładniej na GNIEW, który został przedstawiony opowiadaniem Grzegorza Kasdepke z książki "Tylko bez całowania...".

"Scenariusz zajęć" spisany przez Niunię obejmował:

1. określanie własnych aktualnych emocji
2. prezentację obrazków z dzieckiem wyrażającym różne emocje
3. czytanie fragmentu książki przez Niunię
4. poznanie Uczucikona (Protestant przebrany w karton z narysowanymi różnymi uczuciami)
5. dorysowywanie wybranych emocji na Uczucikonie przez chętne dzieci
6. przymierzanie Uczucikona ;)
7. emocjonalne memory (pomysł i wykonanie Niuni)
8. prezentacja prostych ćwiczeń pomagających radzić sobie z trudnymi emocjami (zgodna współpraca Niuni i Protestanta)
9. swobodna zabawa (w której miało być jeszcze granie w emocjonalnego Piotrusia, ale już się nie udało).

Niunia i Protestant właściwie nic z tego nie mają, poza moim i nauczycielki podziwem, własną satysfakcją, poczuciem, że mogą coś dać innym, poczuciem bycia starszym (to szczególnie ważne dla Protestanta, który ma tendencje do wchodzenia w rolę jeszcze młodszego niż jest - tutaj mogę się podelektować widokiem "dorosłego" Protestanta). 
Po każdym takim spotkaniu czują się nakręceni i chcieliby przychodzić do przedszkola co tydzień, tylko okrutna matka hamuje ich aktywność i zgadza się na comiesięczne wizyty u przedszkolaków.




niedziela, 25 października 2015

Normalność jest nudna

Byłam z dzieciakami na filmie „Alfie – mały wilkołak”. Film świetny i polecam wszystkim, którzy unikają amerykańskich produkcji delektując się wolniejszym tempem skandynawskich przekazów (tu wzmianka).

Refleksjo-recenzja Protestanta po obejrzeniu filmu:

„Alfie był znaleziony w koszyczku, który przyniósł jego dziadek, bo jego rodzice, którzy go urodzili nie mogli sobie z nim poradzić i dlatego poprosili dziadka Alfiego, żeby go odniósł do innej rodziny.
Alfie jest doskonałym aktorem w wilkołaku i w czasie pełni Alfie poszedł do parku i tam zobaczył jakiegoś pana. Ten pan miał dużą czuprynę. Alfie był wtedy wilkołakiem. A potem się okazało, że to dziadek Alfiego. I razem przyszli do Alfiego domu i rodzice poznali prawdę.
Ta bajka jest doskonała, bo w niej są emocje. I jeszcze jedno – Alfie myślał, że jest tylko jednym wilkołakiem na świecie, ale się okazało, że jego dziadek jest też wilkołakiem.
Timmie jest jego bratem. Ale za to mama i tata od początku nie wiedzieli, dlaczego Alfie jest taki, że nie może sobie radzić z emocjami. Timmie i Alfie jeżdżą razem na rolkach.
Ale dziś jest dobrze. A dziadek Alfiego powiedział, że Alfie musi panować nad swoimi emocjami i nie gryźć ludzi.
Polecam. Bardzo mi   się  podoba  ten  film,  bardzo”

W filmie pada mnóstwo ważnych zdań:
·         Nikt nie jest normalny – normalność jest nudna
·         Rodzice cię wychowują, ale ty i tak jesteś sobą
·         Każdy ma w sobie wilka, ale nie każdy potrafi (jest w stanie) go ujawnić
·         I słowa brata Alfiego: Ty zmieniasz się raz w miesiącu, tata jest nienormalny przez cały czas ;) (tata to barwna postać – ojciec łamiący stereotypy, z dużym poczuciem humoru i dystansem do siebie)

Film świetny. Wszyscy wyszliśmy z kina rozanieleni.
Ale czar prysł po południu, kiedy okazało się, że wątek poszukiwania własnej tożsamości i chęci poznania „prawdziwych rodziców” przykrył u Niuni wszelkie pozytywne doznania estetyczne. Masakry nie będę opisywać, tylko dodam, że przywrócenie jej do względnej równowagi zajęło jakieś 3 godziny.  

Film polecam. Ale rodzicom Kosmiciątek dodaję: robicie to na własne ryzyko ;) 

piątek, 25 września 2015

Literacki rozkwit

Protestant w końcu zaakceptował:
1. istnienie liter pisanych,
2. potrzebę nauki pisania nie tylko drukowanymi literami,
3. oddzielanie wyrazów.


Zaakceptował i od razu wystrzelił z literackim talentem. Pisze opowiadania! J

Zacytuję to, które tworzył przez dwa dni (moja ingerencja to tylko dostosowanie ortografii i interpunkcji do ogólnie uznawanych zasad):

„Wczoraj w kuchni ktoś zbił okno, złodziej uciekł przez balkon. Ciocia się przestraszyła. Kiedy przyszedłem, ciocia leżała martwa na ziemi z krwią. Pobiegłem po telefon i wcisnąłem numer 997 i po chwili przyjechali policjanci. Stałem jak wryty patrząc na ciocię. W końcu po paru tygodniach zdarzył się ten sam wypadek.
Dziś wujka Zdzisia nie było i szukałem go po całym domu, ale wuja nie było. W końcu zobaczyłem go zalanego krwią i… nie, nie, nie! O Boże, co ja robię? Nie, a, siusiumajtek!
Widać w progu stanął czarnoskóry złodziej. Wiedziałem czego szukał. Mnie. I zwiałem z miejsca wypadku. Zalałem się łzami myśląc o wuju, którego spotkał ten los. W końcu przyjechała policja i złapała zabójcę wuja. Do teraz pałętam się po ulicach. Jestem gorszy niż sieroty Bodler (wyjaśnienie: rodzeństwo Baudelaire z książki „Seria niefortunnych zdarzeń"). To koniec ze mną. Koniec". 

Wiem, że powinnam być zaniepokojona treścią ;) , ale mnie cieszy słownictwo, bogactwo wypowiedzi, budowanie napięcia, radość tworzenia i osobista Protestanta duma z działania i dzieł stworzonych, no i to, że jednak w treści są pewne elementy pozytywne, np. niezwykła skuteczność policji.


Trwam w zachwycie
J

wtorek, 8 września 2015

Życiowe ciućmaki :)

Tym razem Protestant: "Chciałbym wiedzieć, jak wygląda moja mama biologiczna. Gdybyś ty mnie urodziła, już bym wiedział. Moje życie jest skomplikowane... no wiesz, jedna mama, druga, potem trzecia i ty - czwarta... Szkoda, że mnie nie urodziłaś........ Ale i tak jest fajnie".

Po ostatniej części wypowiedzi nastąpiło "bum", bo kamień spadł mi z serca (a przynajmniej jakaś jego część).

A tymczasem Niunia z kopyta ruszyła do nauki. Ciągle jestem w szoku. Ona po prostu postanowiła, że będzie się uczyć i codziennie zasiada i robi wybrane przez siebie zadania (czyta, szuka, wypożycza książki o określonej tematyce, robi schematy...). 

W czwartej klasie dochodzą przyroda i historia. Podpowiedziałam, że może je robić "blokowo" i Niunia zdecydowała, że zacznie od historii. Teraz są epodreczniki.pl, co - jak się okazało - jest dla niej dosyć atrakcyjne. Tematyka początkowa historii też jej się podoba - zachwyca się, że prawodawca i autor podstawy programowej przewidzieli takie ciekawe rzeczy dla niej ;) Wstrzelili się! To naprawdę duża ulga dla rodzica :)

Ale jedna ważna rzecz. Historia w czwartej klasie rozpoczyna się od wyjaśnienia osi czasu i znaczenia historii. Wszystko zostaje osadzone w osobistej historii dzieci. I tu jest problem dla dzieci z trudną przeszłością. Na wstępie mają "przywalone z grubej rury": opowiedz nam swoją historię, a my ci opowiemy historię świata. A jak dzieciak ma straszną historię...? Nikt tego za bardzo nie bierze pod uwagę. 

I tu znowu błogosławię edukację domową, którą sobie uprawiamy we własnym ogródku. Niunia przy poleceniu "zrób oś czasu uwzględniając wydarzenia z własnego życia" wzięła pod uwagę wydarzenia z ostatniego roku (wyjazdy, uroczystości, spotkania...). Ale łączę się w bólu z tymi rodzicami dzieci w rodzinach adopcyjnych i zastępczych, które przyjdą ze szkoły do domu z poleceniem: "porozmawiaj z członkami rodziny i narysuj drzewo genealogiczne". To na pewno będzie boleć. A cierpieć po raz kolejny będzie głównie dziecko. 

Tymczasem wiem, że wzniecanie bólu w takich sytuacjach nie jest konieczne. Historia (jako przedmiot szkolny) może pozostać czysta i nieskojarzona z bólem osobistym. I może towarzyszyć jej niuniowy zachwyt. Przynajmniej teraz ;) 


niedziela, 30 sierpnia 2015

Wakacyjny front c.d.

Wakacje obfitowały nam w serię nieprzewidzianych i gwałtownych zmian akcji, czyli nieplanowanych wcześniej wyjazdów.

Ale rodzinnie nastawiliśmy się na kontakt z naturą: przemierzaliśmy okoliczne chaszcze, wyjeżdżaliśmy na coraz dłuższe rekonesanse namiotowe w coraz bardziej oddaloną okolicę.

Podczas naszych obozowych szaleństw tata objawił się dzieciom w nowej odsłonie ujawniając swój talent survivalowy, w związku z czym dziatwa patrzyła na niego, jak na mieszankę boga i pomysłowego Dobromira. Hitem okazała się kuchenka zrobiona ze znalezionej… puszki po farbach! Na kolejnym biwakowaniu kuchenkę mieliśmy już profesjonalną, bo z metalowego wiadra :)

Protestant nastawił się na… przetrwanie. Owszem, angażował się, ale bacząc uważnie, co by się nie przepracować i mieć siłę na zabawę. A każdego ranka z satysfakcją stwierdzał: przetrwaliśmy kolejny dzień! Nasz syn ma na swoim koncie jeden ogromny sukces: pokonał lęk wysokości (którego z kolei ja się nabawiłam obserwując, jak wysoko włazi na drzewa, ale akurat tym moim lękiem to on się nie przejmuje ;) ).

Niunia weszła w sytuację „pełną gębą” – we wszystkim chciała brać udział.
Nie wzięliśmy żadnych zabawek i cywilizacyjnych atrakcji, więc z chęcią przyjmowała propozycje zabaw ze znalezionych tworzyw naturalnych lub aktywności służące przetrwaniu (drzewne wspinaczki, struganie sztućców/łódek, robienie wędek, próby łowienia ryb, rzuty nożem…). Bohatersko przyjmowała konieczność mycia się w zimnej wodzie lub załatwiania się do własnoręcznie wykopanego dołka. Z własnej inicjatywy prowadziła też dziennik obozowy, w którym mamy opisane (nieocenzurowane ;) ) najważniejsze wydarzenia.

Warte odnotowania scenki rodzajowe:

Jednego wieczora długo nam zeszło jedzenie pieczonych na patyku podpłomyków. Położyliśmy się spać bez wieczornej kąpieli. Scenka poranna:
Tata wynurza się ze śpiwora i sobie zalega pozwalając, by jego ciało udostępniało wszystkim swoją unikalną woń dnia poprzedniego. Niunia przebudza się, przeciąga, zaciąga delikatnie wonią i rzuca przeciągle: „Coo tuu taaak śmieeerdzi?”

Dzieciaki zrobiły nam „Park linowy”: tabliczka wprowadzająca i atrakcje na drzewach wraz z zabezpieczającymi linami oraz wykwalifikowanymi pracownikami. Wobec tak profesjonalnego przygotowania pytam jednego z pracowników (Protestanta), czy mają też toaletę.
- Tak – odpowiada poważnie Protestant i podaje mi… saperkę :)


poniedziałek, 20 lipca 2015

Doniesienia z wakacyjnego frontu

Niunia i Protestant, podobnie jak w tamtym roku, wyjechali na obóz. Wyjazd ten można nazwać pół-samodzielnym, ponieważ obozowicze stacjonowali w promieniu 10 km od naszego domu, a umowa między nami i Młodymi była taka, że codziennie wieczorem ich odwiedzamy. Oczywiście podejmowaliśmy negocjacje w celu zmniejszenia intensywności naszego zaangażowania, ale trafiliśmy na twardego negocjatora w osobie Protestanta. Pokornie przyjęliśmy do wiadomości, że potrzebuje rzucić na nas okiem przed zaśnięciem i upewnić się, czy zmarszczek lub kilogramów nam zbytnio nie przybyło. Nasze odwiedziny też miały różny przebieg: a to popisy, a to kompletna olewka na rzecz kumpli/kumpelek, a to mini-awanturka… Ale wytrwaliśmy J Z pewnością z zewnątrz wygląda to na nadopiekuńczość, ale postępujemy tak z pełną świadomością, że Niunia i Protestant potrzebują maksymalnego poczucia kontroli nad sytuacją, żeby przez przypadek nie poczuli się odrzuceni. A i tak po ich powrocie na łono rodziny odnotowaliśmy 2-dniowy napad regresu, co pokazuje, że jednak koszty emocjonalne były (na szczęście niezbyt duże, więc możemy przypuszczać, że przyczynią się raczej do budowania dojrzałości niż niszczenia misternie utkanego do nas zaufania).

Protestant na obozie zyskał tytuł najsympatyczniejszego obozowicza J Generalnie przeciwna jestem tego typu głosowaniom (głosowała cała dziatwa na siebie nawzajem), bo za bardzo utożsamiam się z tymi odrzuconymi, ale wspominam o tym ze względu na wszystkich przeciwników edukacji domowej, którzy twierdzą, że tylko w szkole można nabyć najważniejsze umiejętności radzenia sobie w grupie.
Protestant udowadnia, że ukrytego przed wzrokiem dorosłych zastraszania, dyskretnej przemocy słownej i fizycznej, przy jednoczesnym wytwarzaniu u innych syndromu sztokholmskiego – bo niby skąd ten tytuł najfajniejszego obozowicza? – można nauczyć się "siedząc w domu". 
Potrzebna jest tylko rodzina z odpowiednimi kwalifikacjami ;)